WIELKIE SWIETO, KROTKA NOC
Swiciax
Kupala w poleskiej slowianskiej wspolnocie wygladala nastepujaco. Po obiedzie
ludzie zaczeli sie zbierac w podmiejskim sanatorium i zarazem strefie
wypoczynkowej – Jeziorze Rohoznianskim. Latem jezioro i polana na brzegu, gdzie
wspolnota chciala odbyc swieto Jaryly-Liali byla zajeta przez wypoczywajaca
mlodziez, ktora miala zamiar „pozytecznie” spedzic czas przy kieliszku wodki.
Jak wiadomo jest to powazna przeszkoda dla czlowieka, ktory oczekuje na cos
naprawde wielkiego. Dla tego miejsce swieta zostalo przeniesione na druga
otoczona paprociami polane w gestym lesie, takze przy brzegu jeziora. Miejsce
to juz kiedys bylo wykorzystywane przez turystow, ktorzy nie pozostawili po
sobie jakis bardziej widocznych sladow. Najpierw zapalono ognisko, na ktore
poszlo tylko polamane drzewo, ktorego zgromadzilismy wieksza ilosc na cala noc.
Przy sciezce prowadzacej na nasze miejsce zostalo ulozone ognisko „kuchenne”. Z
miejsca wiosennego obrzadku jeziorem splawiono „czur”-obraz Dazboga, ktore
wolchw Wseslaw wyniosl z wody i posadzil w przygotowana jame. Goscie zostali
nakarmieni przez piekne kucharki i wszyscy zaczeli sie szykowac do swieta.
Ilosc strojow jednak nie starczyla by przebrac wszystkich. Wstyd to nie miec
Slowianinowi swiatecznego ubrania, ale tacy tez byli. Potem musielismy zaczekac
do godziny jedenastej wieczorem, az scichnie w pobliskim sanatorium muzyka
disco i rosyjski «pop».
* * *
Obrzed sie zaczal. Poprowadzil go wolchw Wlodzimierz, ktory powital
wszystkich, przedstawil reprezentantow obecnych szczepow slowianskich i oddal
czesc Bogom. Zaczelismy tanczyc w kole-korowodzie, ktos zanucil „Kupalinke”,
zabrzmiala ona slabiutko i niesmialo. Dalej z hukiem zabrzmialy poleskie
piosenki. Tu nagle lasem trzasnelo – w rozerwane swiete kolo wpadli wilkolacy.
Jeden prowadzacy i twarda oslona. Rzucaja sie wichrem do watry-krady . „A cos
to! Trzymaj! Lap! Bierz go!!!” – huknelo z kilku stron kola, zaczela sie ostra
walka. Polecialy przed oczyma rece, ciala, ktos juz padl. Od rozgorzalego pnia
trysnelo skrami. I nagle bialy wilkolak skurczyl sie i w momentalnie zerwawszy
jak sprezyna rozrzucil przeszkody na swojej drodze. Jego slad i ogien zniknal w
lesie.
- Co sie stalo?! Co to znaczy?!! - kazdy w tym momencie chcial znac
odpowiedx.
- Musimy pojsc w droge za ogniem - grzmial glos wolchwa Niemca - nie wolno nam
tak tego zostawic!
- Ale kto zna droge, jak sie tam dostaniemy???
- Poprowadze - powiada.
Pochodnie w rece, pomagajac dzieciom i dziewczynom z ich dlugimi sukniami i
koszulami ruszamy w cme. Drzewa, krzaki, chwasty stoja na drodze, gasna
pochodnie, niepokoj przed niewiadomym zwieksza sie. Zupelnie nie widac ogniska,
ktore pozostawilismy na swojej polanie. W tej nocnej ciszy rozdaje sie glosny
ryk.
- Co tu RRRobicie!!!
Najblizsi ledwo zdazyli rozstapic sie. Toz to niedxwiedx! Denerwuje sie, po co
to my wtargnelismy w sama gestwine jego malin i nie dajemy mu odpoczac.
Tlumaczymy sie, ze cos sie dzieje ze Sloncem i my chcemy dowiedziec sie jak ono
objawi sie nastepnego dnia. Cos to pomaga bo niedxwiedx takze chce aby Sloncu
nic sie nie stalo. Powiada, iz o tym moze wiedziec jego sasiad Weles, ale do
niego z nami nie pojdzie, bo kto to widzial, aby niedxwiedx z ludxmi blakal sie
po lesie. Prosimy go, ale nie poddaje sie tak latwo. Potrzebuje sie rozweselic,
zabawic, poprawa humoru, - niby - dobrze mu zrobi. A tu, kto co umie, kto
tanczy, kto probuje zaspiewac, kto cos ma to do niego z pcha sie. Ostatecznie
zostaje przekupiony. Czym? Wiadomo – miodem!
Do Welesa sciezka prowadzi po drzewie przerzucone przez zaglebienie w
ziemi. niedxwiedx radzi kazdemu cos wyrzucic, bo kto wie, czego od Welesa
mozna sie spodziewac. Przechodzimy pomagajac tym, co sa mniej zreczni. Las. Nic
nie widac. Nagle, pien drzewa sie poruszyl, oczom podroznikow zjawila sie
omszala drewniana broda, twarz, cialo i reka Welesa. Stal on sobie bezmownie,
twardo i tajemniczo. „Co to ma znaczyc?” spytal sie ktos albo tylko chcial sie
spytac. Koniecznie musimy zlozyc ofiare temu Medrcu Swiata, wiec rozpalamy
niewielkie ognisko z galezi i szczap i prosimy Go by przyjal ofiare. Lejemy
miod i skladamy chleb. Wreszcie zalega cisza.
- Jasna rzecz !- zaczyna mowic jeden z wolchow, - Na darmo my tu szukamy
Slonca, ono zacznie kurczyc sie od jutra, takie sa prawa Swiata, i nic
wiecej... Musimy pojsc powitac je z powodu jego dnia najwiekszej mocy. Ale
dokad mamy teraz pojsc?
- Ja wiem, ja znam – mowi niedxwiedx, tylko jakos zapomnialem, jak to tam
bylo???
- Na zachod, na poludnie, na polnocne poludnie! - probuje zgadnac tlum.
- A gdzies tam, jakie polnocne poludnie!?
- Na wschod - przemawia jeden prawie bezdxwieczny glos.
- Co? Na wschod? Tak, na wschod! Na wschod! - wstrzasa nocnym lasem
niedxwiedx.
- Na wschod!!! - powtarzaja dzieciaki, mezczyxni, dziewczyny.
Wszyscy ruszaja w kierunku wschodnim. Okazuje sie, ze tam prowadzi ladna lesna
sciezka, co jest dla nas zaskoczeniem po lesnej wedrowce. Dokad ona prowadzi?
Do naszego ogniska! Teraz juz kazdy ja poznaje, przyszlismy nia z powrotem na
polane.
Po powrocie wolchw Kobrynski-Tur powiada, ze Bog Jarylo, w tym dniu i u nas
obecny, zechcial sie ozenic i o tym powiadomil swoja kochana Lele (niektorzy,
co prawda o Marzanie powiadaja). Lela jest przepiekna brzoza owiana kolorowymi
wstazkami, (od razu mowie, iz zadne drzewo nie bylo na swiecie pokrzywdzone czy
sciete). Jarylo ma gruba konopiana koszule, taka sama gruba glowe w wiencu,
spod koszula mu wystaje potezny czlonek, taki gruby, konopiany. Alez tu
zaczynaja sie przygotowania to wesela! Wseslaw podpowiada nam jedna
podniecajaca kupalna piosenke, przy dxwiekach wirujacego imienia Kupaly rzucamy
sie w plas. Jest to dosc dziwne, gdyz w ten czas dziewczyny sa zajete jakas gra
i nasz halas zaskakuje je. Rusza wyprawa weselna z Panem Mlodym! Zaczynamy
przetarg z dziewczynami, aby one puscily do nas Lele, wychwalamy zalety, ktore
ma nasz Mlody. Ciagnie sie to pewien czas, az nagle podrywa sie skads sila
nieczysta i ciagnie Brzoze w kierunku jeziora. Wszyscy tlumnie podazaja za nia.
Tu kazdy sobie na pamiatke, stara sie uchwycic czastke wiosny, piekna. W koncu
u wszystkich obecnych na oczach Brzoza wpada do jeziora i pograza sie.
„Utonula, Marynonka, utonula,
Tilki kisonka dohory znyrnula...” – slychac nad jeziorem.
Po powrocie do ogniska, wolchw tlumaczy, ze niestety do tego slubu nigdy nie
dojdzie, jak nigdy nie dojdzie do wstrzymania biegu swiata. Ale o ile do nas
zawitali tacy Bogowie, musimy uczcic Jaryle.
Chlopaki urzadzaja zabawe mierzenia sie sila. Wolchw Wseslaw wyjmuje gruby pien
a my zaczynamy rzucac go, jak to Celtowie porabiaja. Dalej czepiamy sie za
szyje i pas i staramy sie powalic przeciwnika na kolana. Smiechy tu nie ustaja.
Dziewczyny tancza wymieniajac sie swoja para, a to na tak rozne sposoby, ze
opisanie tego wiele by tu zabralo czasu Nie ma tu korowodow, sa one
pozostawione na wspolny obrzed. W tym czasie, po zabawach dziewczyny ida
puszczac wianki, kazda swoj, opatrzony swiecami. Odbywa sie to pod czas, gdy
przy wartrze odbywa sie
zabawa chlopakow. Tylko niektorzy z nich zdaza zobaczyc
wyniki dziewczecej wrozby. Kupala! Kupala! – rozbrzmiewa na polanie, gdzie juz
razem z dziewczynami spiewamy piesni podniecenia miecztnikow. W koncu przy jej
dxwiekach pierwsza osoba skacze przez rozniecone ognisko, dalej druga, para,
para za para, w koncu po kilka osob. Trudno powiedziec ile to trwalo. W koncu
nasyceni ludzie zaczeli pomalu znikac w ciemnosciach. Takze tu znalexli sie
chetni do gry w „skomorka” i „czyzyka” zaproponowanych przez Wseslawa. Zatem
zaczyna sie zabawa „w struge”, ktora to ciagnie sie z poltorej godziny. W tym
czasie dzieciaki juz moga opuscic polane i udac sie spac, to samo zrobili
niektorzy dorosli. Przy kuchennym ognisku cicho prowadza rozmowe medrcy
Wlodzimierz, Diadko i inni, z radoscia przygladajac sie zabawom. Gdzies w tym
czasie odplynal na jezioro wielki wianek ofiarny od calej gromady, bylo to poza
glowna zabawa, dla tego powrocimy do niej. Po „strudze” Wseslaw wyjal fujarke i
zaczal grac, w kolo jeden za drugim zaczeli wskakiwac chlopacy, po serii
roznych tam wykretasow, powracajac na swoje miejsce. Z czasem udalo sie
wciagnac w taniec dziewczyny i w kolo zawirowaly faldy sukienek, rekawy,
wlosy... Coz za piekny to byl widok! A jednak byl to dosc szybki taniec i kazdy
poczul sie juz troche zmeczony. Teraz tylko najbardziej wytrwali stali kolem
wokol Wseslawa i zaczeli korowod, z czasem stawal sie on, co raz bardziej
ciasny i w koncu zahamowal jakikolwiek ruch przy polanie.
Wreszcie zaczelo sie rozjasniac i tylko najzacieklejsi ruszyli do lasu przed
switem po kwiat paproci i dwanascie czarownych ziol. Ci, co zostali ze
Wseslawem zagrali w „plecien” i jeszcze pare gier. Kiedy juz powrocili wszyscy,
przy kradzi zapanowal spokoj. Czarujacy moment, jak tu sie nie poddac sie
snowi, ale to nie dla tych, co
... wiecej »